sobota, 24 kwietnia 2021

Co najbardziej boli kolekcjonera?

Od dawna obserwuję zachowania kolekcjonerów autografów tak w polskim, jak i może przede wszystkim w zagranicznym środowisku.
Jest jedna rzecz, która sprawia, że wylewa się cała gama uczuć od wściekłości przez niedowierzanie do wyparcia. To wiadomość, że ich autograf jest nie jest prawdziwym autografem gwiazdy. 

Ze wszystkich uczuć mimo wszystko najlepsza jest wściekłość, bo pozwala na szybkie rozładowanie emocji. Niedowierzanie i wyparcie tylko przeciągają ból. Oczywiście część kolekcjonerów wolałaby nigdy nie dowiedzieć się, że ich autografy są fałszywe. Pamiętacie scenę z filmu Matrix, gdy Cypher zdradza bohaterów w zamian za obietnicę powrotu do kapsuły na polu i ułudę prawdziwego życia?
Oczywiście można i tak, ale czy fałszywa kolekcja to nadal kolekcja? 
Czasami jest tak, że posiadacz fałszywki zaciekle jej broni wyszukując wszelkich, nawet najbardziej naciąganych argumentów. Pół biedy jak fałszywka jest dobra, ale z reguły jest tak, że to ordynarna podróbka.

Przypominam o certyfikatach... większość z nich jest całkowicie bezwartościowa.
Pamiętajcie, że rynek falsyfikatów jest ogromny... naprawdę OGROMNY. Szacuje się, że nawet 90% autografów oferowanych na ebay'u to podróbki. Weźmy np. autograf Harrisona Forda, który normalnie kosztuje od 750 do 1200 dolarów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś wystawi taki za 90 lub 250 dolarów? Naprawdę trzeba być skrajnie naiwnym, by uwierzyć, że takie szczęście przytrafiło się akurat nam i po niezwykle okazyjnej cenie kupiliśmy wymarzony autograf.

Czy ślepy mógłby się wypowiadać o kolorach? Ja też to przeżyłem, choć tylko jeden raz. Naciąłem się na autografie Riza Ahmeda. Trzymam go do dziś, by przypominał mi, że pokora to jedna z cech niezbędnych u kolekcjonera. 
 
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz