czwartek, 5 stycznia 2023

Frank Zane

Chyba większość chłopaków z mojego pokolenia ma za sobą etap mniejszego czy większego zainteresowania kulturystyką. Stało się tak za sprawą ogromnych sukcesów medialnych Arnolda Schwarzeneggera, który podbijał wtedy kina wcielając się w główne role w takich filmach jak "Conan barbarzyńca", "Commando", "Terminator", "Predator"... aż po "Total Recall" (nie lubię polskiego tłumaczenia) Paula Verhoevena, które moim zdaniem zamknęło pewien etap rozwijającej się aktorskiej kariery Austriaka. 

Moje zainteresowanie kulturystyką, chyba jak u większości, dość szybko przybrało formę bierną, ale nauczyłem się patrzeć na ludzi, których pochłonęła ze zrozumieniem, a nie z pogardliwym przeświadczeniem, że oddają się jakiejś formie narcyzmu. Kulturystyka to swego rodzaju skrzyżowanie sposobu życia, sportu i... rzeźbiarstwa (z tą różnicą, że materiałem nie jest kamień, a własne ciało). Naprawdę jest to pasją, na którą można patrzeć z uznaniem, nawet jeśli wydaje się, że rezultat osiąga przesadną formę. 

Autograf Arnolda Schwarzenegger jest raczej poza moim zasięgiem, ale ze wszystkich znanych mi kulturystów to nie ten chciałem mieć w kolekcji. Po zakończeniu triumfów Austriaka przyszedł czas na do dziś uważany przez wielu za niedościgniony ideał proporcji i symetrii. Frank Zane zwyciężał w najbardziej prestiżowym turnieju Mr Olympia w latach 1977, 1978 i 1979, a etap jego dominacji w zawodach zakończył powrót Schwarzeneggera w 1980 roku i jego - w ocenie tak zgormadzonej publiczności, jak i wielu komentatorów - niezasłużone zwycięstwo. 

Frank Zane wycofał ze startów w zawodach w 1983 roku i zajął się biznesem oraz szeroko rozumiana promocją sportu. Pomimo 80 lat, do dziś utrzymuje świetną formę fizyczną.

Z ciekawostek to warto jeszcze dodać, że Zane w okresie trwania kariery sportowej był też zawodowo czynnym nauczycielem i przez 13 lat uczył matematyki oraz chemii. Ponadto, na podkreślenie zasługuje też fakt, że jest jednym z zaledwie trzech mężczyzn, którzy kiedykolwiek pokonali Arnolda Schwarzeneggera w zawodach kulturystycznych.

środa, 21 grudnia 2022

Bolesław Romanowski

Kierownictwo Polskiej Marynarki Wojennej do końca swojego funkcjonowania w Wielkiej Brytanii poszukiwało rodzin marynarzy poległych i zaginionych w czasie II wojny światowej. Jedną z takich osób był starszy marynarz Zdzisław Mońko, który zaginał wraz z okrętem podwodnym Orzeł w 1940 roku. Po wojnie udało się odszukać jego brata, który zamieszkał w Lubece i przekazać mu w spadku rzeczy po zaginionym. Pan Ryszard Mońko chcąc lepiej poznać wojenne losy brata miał też osobistą prośbę o znalezienie dla niego egzemplarza książki pt. "Orzel's patrols". Napisał ją podchorąży (w momencie druku już podporucznik marynarki) Eryk Sopoćko, który wziął udział w słynnym piątym patrolu ORP Orzeł. W czasie tego rejsu zatopiono torpedą niemiecki transportowiec Rio de Janeiro zmierzający z wojskiem do Norwegii by wziąć udział w inwazji na ten kraj. Bogactwo wydarzeń piątego patrolu jest idealnym tematem na bardzo dobry sensacyjny film wojenny, ale ostatnio reżyser Marek Bałwut w "Orzeł. Ostatni patrol" zaserwował polskim widzom zmyśloną sieczkę opartą na kilku hipotezach niezdarnie połączonych do kupy i koniec końców wyszedł straszny gniot. Ale ja nie o tym chciałem :) 

Eryk Sopoćko jako praktykant na pokładzie pancernika HMS Rodney brał też udział w zatopieniu Bismarcka. Zginął w 1943 roku na niszczycielu Orkan, który został storpedowany i zatopiony przez u-boota U-378. Był utalentowanym pisarzem i zdążył pozostawić po sobie kilka opowiadań i dwie książki wydane w 1942 roku. Tę poświęconą patrolom Orła "po dłuższych poszukiwaniach" (to cytat z pisma załączonego do książki) udało się znaleźć dla pana Ryszarda Mońko. Na stronie tytułowej znajduje się podpis kapitana marynarki Bolesława Romanowskiego i data 1942. No i teraz najlepsza część historii. Dlaczego znajdował się tam akurat ten podpis? Przecież Bolesław Romanowski w  czasie wojny służył na czterech polskich okrętach podwodnych, ale nie na Orle! Nawet gdyby bez związku złożył komuś autograf to z pewnością z jakąś krótką dedykacją. Wpis ten bardziej przypomina oznaczenie swojego księgozbioru i według wszelkiego prawdopodobieństwa tak właśnie było. W 1942 roku Bolesław Romanowski leczył rany odniesione podczas utraty swojego ORP Jastrząb w wyniku bratobójczego ostrzału przez alianckie okręty. Zapewne wtedy otrzymał egzemplarz książki (z KMW lub może od samego Eryka Sopoćko) i włączył do swojego księgozbioru opatrując podpisem. Po wojnie oddał książkę kierownikowi referatu opieki KMW dla kogoś, komu bardzo zależało na jej otrzymaniu i tak książka trafiła do Lubeki pozostając tam przez prawie 80 lat, by w końcu rodzina obdarowanego zdecydowała sprzedać część pamiątek. I tu na kursie pojawia się mój przyjaciel, który znając moje zamiłowanie do marynistyki kupił ją w prezencie dla mnie.

Bolesław Romanowski był dowódcą jednego z Terrible Twins (tak określano dwa polskie najskuteczniejsze okręty podwodne na Morzu Śródziemnym) w okresie największych sukcesów bojowych. Po wojnie jako jeden z nielicznych zdecydował się na powrót do kraju. Został wyznaczony na dowódcę niszczyciela Błyskawica, którym po skompletowaniu załogi w 1947 roku przypłynął do Gdyni. W okresie represji stalinowskich został aresztowany, a następnie wydalony ze służby wojskowej. Na fali odwilży w 1956 roku powrócił do służby, ale nie skupiał się na rozwijaniu swojej kariery i zajął sią głównie szkoleniem. Przez trzy lata był oddelegowany do ZHP jako pierwszy kapitan żaglowca "Zawisza Czarny".

Jest autorem wspomnień pt. "Torpeda w celu". Od 1985 roku 3. Flotylla Okrętów w Gdyni nosi imię komandora Bolesława Romanowskiego.   

poniedziałek, 19 grudnia 2022

René Steinke

Niektóre autografy w mojej kolekcji to zdobycze kompletnie przypadkowe. Ten, o którym jest niniejszy wpis, dostałem ponad rok temu jako gratis przy okazji zakupów u pewnego sprzedawcy w Niemczech. To już drugi raz jak dostaję bonusy od naszych zachodnich sąsiadów :)

Dopiero ze dwa tygodnie temu... przez przypadek zorientowałem się kim jest aktor, którego zdjęcie z autografem wrzuciłem gdzieś do szuflady. Tak to jest gdy bardzo rzadko włącza się telewizor :). Akurat leciał serial "Kobra - oddział specjalny" i... twarz wydała mi się jakoś taka podobna. No i oczywiście był to René Steinke, który wciela się w rolę komisarza Toma Kranicha. 
Jakby zebrać do kupy to widziałem kilkanaście odcinków tego serialu i przyznam szczerze, że nie odrzucał mnie. Jeśli przymknąć oko na natrętną reklamę niemieckich samochodów to ogląda się go całkiem przyjemnie w chwilach gdy przychodzi ochota by trochę odetchnąć od poważniejszych spraw. 

Do niemieckich seriali kryminalnych mam pewien sentyment za sprawą "Telefonu 101", który w latach mojej młodości ubogacał skromną ofertę dwóch kanałów telewizyjnych.   

środa, 23 listopada 2022

Jan Kaczkowski

Moja kolekcja książek z autografami jest całkiem pokaźna. Wśród nich mam taką, która chyba jest na czasie w związku z niedawną premierą filmu "Johnny". 
"Szału nie ma, jest rak" to wydana w 2013 roku książka-wywiad przedstawiająca rozmowy Katarzyny Jabłońskiej z ks. Janem Kaczkowskim. Nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, ale cenię ją, bo mam z autografem. Natomiast na pewno mogę szczerze polecić "Grunt pod nogami". Jest to zbiór kazań ks. Jana... rozbudowanych, uzupełnionych i dostosowanych do potrzeb publikacji książkowej. Część z nich miałem okazję sam usłyszeć i muszę przyznać, że bez wątpienia był to świetny kaznodzieja. 


niedziela, 9 października 2022

Emmanuelle Chriqui

Tę kanadyjską aktorkę po raz pierwszy zobaczyłem na ekranie gdy Canal+ emitował film familijny "Dzień bałwana". Choć w tym nieco głupawym filmie zagrała jedynie drugoplanową rolę Claire Bonner to nie dało się na nią nie zwrócić uwagi. W tym samym roku wystąpiła u boku Jonathana Tuckera w nawet nienajgorszej komedii "100 dziewczyn i ja". Ma też na koncie występ w chyba już klasycznym horrorze (w zasadzie to z rodzaju określanego angielskim terminem slasher) "Droga bez powrotu", a także w kasowym sukcesie jakim w 2008 roku była komedia "Nie zadzieraj z fryzjerem". No dobra, to głupi film jak nic, ale uśmiałem się na nim więcej niż raz :).

Jak sama przyznaje, codziennie pije kawę. To tak jak ja :). Na moim kubku napisane jest "Najpierw kawa, potem rządzenie światem" ;).

Autograf z certyfikatem BAS kupiłem przy okazji nabywania innych u dobrze mi znanego renomowanego sprzedawcy w Stanach Zjednoczonych. Licytacja poszła dobrze i wydałem bardziej niż akceptowalną kwotę. Jedyny minus, że zdjęcie jest ogromne. Niektóry uznaliby to wręcz za plus, ale ja mam problem z miejscem na ścianie.  

Lari White

Są takie autografy, które po prostu muszę mieć! Czasami jedna mała rola zrobi na mnie takie wrażenie, że zapamiętuję ją najbardziej z całego filmu. Gdy pierwszy raz obejrzałem "Cast away", czyli uwspółcześnioną historię Robinsona Crusoe to miałem mieszane uczucia, ale film zmusił mnie do zadumy. Urzekła mnie końcowa scena. Właśnie w niej poznajmy postać, która pojawia się już na samym początku historii i zamyka klamrą część opowieści. W rolę Bettiny Peterson wcieliła się amerykańska piosenkarka country Lari White. O tak, zależało mi na jej autografie. 

Lari White zmarła na raka otrzewnej 23 stycznia 2018 roku, zaledwie cztery miesiące po postawieniu diagnozy. Wtedy moje zainteresowanie zdobywaniem autografów było jeszcze w powijakach. Szczęśliwie piosenkarka zostawiła po sobie całkiem sporo autografów rozdanych na okładkach płyt i na zdjęciach. Z racji mojej fascynacji grafologią zdecydowałem się na zakup listu do jednego z fanów. Wyszło mi sporo treści do analizy, bo Lari White miała naprawdę interesujący charakter pisma. Poniżej przedstawiam końcówkę listu wklejoną pod kadr z filmu. 

Później, przy okazji większych zakupów udało mi się też kupić kartę ze zdjęciem i autografem, więc mam w kolekcji dwa :).  

wtorek, 4 października 2022

Richard Cunningham

To może jeszcze jeden imperialny :).
Tym razem już całkowicie epizodyczna postać, bez większego znaczenia dla filmu, ale... o film właśnie tu chodzi. "Łotr 1 " to jedyna pełnometrażowa produkcja po czasach Lucasa, którą uważam za wartościową. Autograf każdego, kto pojawia się na planie tego filmu, ma szczególne miejsce w mojej kolekcji. Richard Cunningham wcielił się w postać generała Ramdy, dowódcy garnizonu w imperialnym kompleksie na Scariff.

Kenneth Colley

"Komandorze Piett! Proszę przygotować się do wysadzenia desantu poza polem siłowym i rozwinąć flotę tak, aby nic nie wydostało się z planety. Pan tu teraz dowodzi... admirale Piett"

Jedna z moich ulubionych scen... w moim autorskim tłumaczeniu, bowiem powszechne jest tłumaczenie "captain" jako "kapitan", ale jeśli ściśle wiązać to do stopni wojskowych we flocie u nas jest to raczej komandor. Zresztą tłumaczenie stopni w filmach i książkach Star Wars obarczone jest pewnym niezrozumieniem różnic pomiędzy flotą, a oddziałami lądowymi. Błędów w tłumaczeniach jest tyle co skwarków w dobrej kaszy. Ot np. gdy Ahsoka dostaje pierwsze zadanie bojowe jest tytułowana "commander Tano", co jest tłumaczenie jako "dowódca Tano". Tyle, że "commander" w języku angielskim ma dwa znaczenia i drugim jest... stopień wojskowy. Ale dość już tego pobocznego ględzenia. Pora wrócić do bohatera tego wpisu. 

Ken Colley nie ma na koncie wielkich ról filmowych. Zazwyczaj grał postacie drugoplanowe lub epizodyczne. Można byłoby wymienić te bardziej znane tytuły czyli "Żywot Briana" lub "Firefox"... ale... wejście w uniwersum gwiezdnych wojen to coś, czego nie można porównać z niczym innym. Szacuje się, że co trzeci człowiek na świecie, choć raz oglądał coś co opowiada o wydarzeniach dawno, dawno temu, gdzieś w odległej galaktyce...
Postać admirała Firmusa Pietta pojawia się na ekranie jedynie przez 3 minuty. O zgrozo! To dwa razy mniej niż np. Holdo. Pomimo tego Colley'owi to wystarczyło, by nadać roli ciekawy charakter i zrobił to wyśmienicie. Warto też sięgnąć po książkę, by rozbudować tę postać o jej przemyślenia. 

Mam 6 autografów Kena Colley'a, ale żadnego nie zdobyłem listownie. Może powinienem spróbować?